Bądź na bieżąco - RSS

Opowiadanie o duchach

Kategoria: Język polski   |   Dodano: 23 stycznia 2011   |   Liczba słów: 530

Siedział przy sztaludze malując kolejne wiekopomne dzieło. W kominku wesoło huczał ogień owijając czerwonymi językami grube szczapy drewna. Z głośnika płynęła muzyka awangardowa - taka, której słuchanie nie przychodzi z łatwością - wręcz przeciwnie - wymaga niebywałego skupienia. K. mógł sobie na to pozwolić. Malując używał jedynie trzydzieści procent swojego mózgowego procesora. Całą resztę pamięci podręcznej przeznaczył na kontemplację awangardowych dźwięków. Co prawda, myślami co chwilę odbiegał, w inne odległe miejsca, takie które trudno jednoznacznie określić - chciał być gdzie indziej, ale nie wiedział dokładnie gdzie i po co.

Muzyka co chwilę przybierała formę hałasu i chaosu, a umysł K. zaczynał błądzić. Ach - jak muzyka jest pełna najwyższej rzeczowości, jak wypełniona treścią, gdy jest czysta i nie zdegradowana do jakiejś konkretnej formy... Mechaniczność pociągnięć pędzla, do których doprowadziło go to zadumanie, zaczynała go przerażać i musiał ponownie się uspokoić, skupić... Wstał i otworzywszy drzwi wyszedł na taras. Pełnia księżyca, chłodne powietrze, padający deszcz, nieliczne już odgłosy natury powoli szykującej się do zimowego snu... dość głośny kobiecy jęk dobiegający z końca posesji K.

W niezliczonym mnóstwie wyborów pojawia się więc konieczność, która dosięgła dziś K. Ruszył, prawie od razu, choć z wahaniem, w tym kierunku. Szedł powoli, by w razie gdyby sytuacja go rzeczywiście zaskoczyła udać, że po prostu spaceruje - dając sobie margines odwrotu i możliwość uniknięcia zakłopotania. Bo tego nie znosił najbardziej, a starał się to realizować przez ograniczenie kontaktów z ludźmi. Całkiem nieźle mu to wychodziło, aż za dobrze... Leżała na ziemi, a biała muślinowa, przemoczona do suchej nitki suknia okalała jej ciało tak, jakby była poza istnieniem, nieobecna, rozpływała się w świetle księżyca. Stał nad nią przez dłuższą chwilę i nie mógł się poruszyć. Co ona tu robi? Nieprzytomna lunatyczka w stroju nie z tej epoki?

Zapalił świece uznając, że taka chwila wymaga odpowiedniej teatralnej oprawy. Ogień w kominku hulał równie ochoczo jak i przed paroma minutami delikatnie traktując swym ciepłem rozpostartą nieopodal na krześle suknię. Bez wahania, wiedziony wewnętrzną potrzebą, chwycił z półki inną płytę - wystarczy tej awangardy...

Jej spokojny puls i oddech wydał mu się być jak nieprawdopodobny sen. Spała i może nie chciała się już obudzić... Miała cudownie delikatną skórę, prawie przezroczystą. Zziębnięte ciało było sine, wręcz białe. Powoli zaczął rozcierać jej członki oświetlone pomarańczowym światłem ognia. Położył się obok niej przyciskając jej zimne ciało do swojego, twarz przy twarzy. Zasnął, gdy z głośników płynęły słowa: "Elżbieto - droga twa krwawa, jest grzechem w obliczu Boga, Elżbieto pożądana jesteś i kochana...". Napięta lina, po której kroczył naprzód tak pewnie, gubi się w coraz gęstszej ciemności. Coraz wyższa i ciemniejsza staje się kopuła nad nim, coraz bardziej mgliste i dalsze twarze. "Czy mój następny krok trafi jeszcze na linę, czy w ogóle będzie następny krok? Daleko za mną świetlana bezpieczność - zapadam się w krainę mroku. Kroczę coraz dalej, aż wreszcie wydaje się obojętne, czy zrobię jeszcze krok, czy pozwolę sobie po prostu opaść w mroki. Owszem, wydaje się, że to dobrowolne spadanie stanie się dla mnie błogością".

Pierwsze poranne promienie słońca oświetlające jego twarz dziwnie trudne były do zniesienia. Spuścił żaluzje. Czy to był tylko sen? K. spojrzał w lustro. Dwa ślady kłów na szyi - "wczoraj ich jeszcze nie miałem...".

Podobne wypracowania: